Dni skupienia wyczekiwaliśmy od roku. Wiemy już jak bogatą mamy wspólnotę, bogatą w fascynujących ludzi pełnych zapału, wiary i humoru, więc oczekiwanie na ponowne spotkanie w dogodnych warunkach było dla nas oczywiste. Jak to zwykle bywa, nie ma róży bez kolców. Naszej radości miała przeszkodzić tak zwana sytuacja losowa. Bliska nam osoba odeszła do Pana, a pogrzeb był w piątek. W Poznaniu. Porozmawialiśmy z mężem, z rodziną z Poznania i postanowiliśmy pojechać z samego rana do Poznania, a następnie wieczorem do Koszalina, na nasze wyczekane dni skupienia. Tak też się stało. Bóg pobłogosławił nam świetnymi warunkami na drodze, chociaż Michał powiedział, że te złe to ja akurat przespałam. Chwała Panu za to, że mój mąż to świetny kierowca. Jak dla mnie optymalnie, nie musiałam się denerwować i marudzić mu na trasie. Dotarliśmy około 21, wszystko już było w toku. Przycupnęliśmy z tyłu w kurtkach, dzieci poturlały się do diakonii, a my słuchaliśmy. To Gosia Kornacka z mężem mówiła o sztuce radzenia sobie z gniewem. Jakim gniewem? Spytałam w duchu, bo byłam szczęśliwa, że jestem u celu. Ależ oczywiście przekazaną wiedzę mogłam kilkukrotnie wykorzystać w praktyce już parę godzin później. Gdy patrzymy na błękit nieba trudno wyobrazić sobie, że przemoknięmy wkrótce do suchej nitki. Nie wnikając w szczegóły praktyki, zdecydowanie potrzebne są takie warsztaty, bo w chwilach emocjonalnych uniesień, także tych niemiłych, ostatnie co człowiekowi do głowy przyjdzie to jakieś wydumane metody. No to jak się dostać do filharmonii? Trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć. Następne wykłady i przedstawienia bardziej stawiały na relacje i jej pielęgnowanie, a kluczem do tego jest słuchanie. Oczywiście to również mogłam niemal natychmiast wykorzystać w praktyce, gdy mój syn przyszedł z problemem. Więc patrzyłam na to moje ukochane dziecko i co chwila gryzłam się w język. Myśli podpowiadały mi głosem Gosi: "nie radź, nie przerywaj, niech sam ci powie, nie szukaj rozwiązań, może sam je znajdzie? Upewnij się, że dobrze zrozumiałaś." Przydatne, pouczające, oczywiście większość zrobiłam źle... No ale jak się dostać do filharmonii? Wieczorem w sobotę mogliśmy doświadczyć mnogości talentów Kuby, męża Gosi. Przedstawił nam kabaret z nutką nostalgii. Na żadnym kabarecie tak nie płakałam i to nie tylko ze śmiechu. Istna karuzela emocji, ale bardzo ciepłych i potrzebnych. Z ostatnich wykładów dowiedzieliśmy się, że zaufanie to lokata. Niektóre nasze czyny to wpłaty, a inne wypłaty. Lepiej nie doprowadzić do debetu, bo w takich długach nikt długo nie wytrzyma. I jeszcze jedna ważna lekcja, którą Bóg daje nam każdego dnia. Nasze oczekiwania nie muszą się spełniać. Warto je znać, ale nie warto ich żądać. Dobrze było być na dniach skupienia z naszymi przyjaciółmi i tym Bożym małżeństwem, którzy pokazali nam wprost, że są tylko ludźmi, a jednocześnie mają wiele dobrych metod na trafienie do filharmonii.
Chwała Panu!