Świadectwo małżeństwa Sylwii i Roberta Smolińskich
„Wierzący w Boga potrzebują widzialnych znaków, nie tylko po to, by wyrazić siebie, lecz także, by swą wiarę karmić i umacniać” (ks. prof. Waldemar Chrostowski)
Mamy nieodparte wrażenie, że minione dni skupienia obfitowały dla nas w morze znaków…Spróbujemy dotknąć niektórych w formie „nieuczesanych myśli”:-)
LUDZIE PEŁNI ŻYCIA A SPOTKANIE ZARZĄDU
Marta i Stachu Jędrzejewscy, zgodnie z tytułem książki ich autorstwa, ludzie (nie) doskonali do pary:-) i pełni życia, którzy w swym kalendarzu oznaczają randkę małżeńską jako spotkanie zarządu.
Ale po kolei…
Najpierw była definicja „pełni życia”. Choć często pojmowana jako stan zadowolenia wynikający z pozytywnych doświadczeń, pełnia życia to przyjęcie doświadczeń we wszystkich możliwych odcieniach – pełnia to wszystko, co nas spotyka. A zatem: i dzień, i noc, i radość, i smutek, i słońce, i deszcz, gdyż „wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem” ( Koh 3,1). Przyjmując to, co Pan Bóg daje i żyjąc tym, co daje, głosimy chwałę życia. Zachowujemy spokój w każdych okolicznościach, bo jest obok nas ktoś, kto wie, co tu się dzieje.
Potem było o wartościach, które mają być małżeńskim fundamentem. Co jednak, jeśli każdy z nas małżonków wskazał różne? Hmm... a może po prostu inaczej definiujemy niektóre z nich – jesteśmy wszak z różnych plemion:-) Rozmowa z serca do serca rozjaśniła wiele, ucieszyliśmy się tym czasem wspólnym zachęceni do zachwytu i / lub wdzięczności za zaufanie, którym obdarzyła nas druga strona.
I wreszcie chwila prawdy: czy nasz kalendarz potwierdza wskazane wartości? Czy jeśli wybór padł na przykład na rodzinę, to czy w kalendarzu rodzinne spędzanie czasu jest priorytetem? Czy nadając wysoką rangę małżeństwu, faktycznie dbam o wspólne wyjście, traktując je jak nieodwołalne spotkanie zarządu? Najważniejsze jest nie to, o czym mówimy, ale to, czemu naprawdę poświęcamy nasz czas. Może myśląc o naszym małżeństwie, jako dodatkowym członku rodziny, postaramy się bardziej?
Autorska parafraza cytatu Św. Augustyna, który w ustach Marty i Stacha brzmi: „Jeśli Pan Bóg jest w każdym miejscu naszego życia, to wtedy wszystko działa tak, jak powinno” podkreśla, że Pan Bóg powinien stanowić centrum w każdej dziedzinie naszego życia (małżeńskiej, rodzinnej, zawodowej, hobbystycznej itd.). Nie należy rozumieć tego jako podporządkowywania codzienności sprawom religii, ale by ta, czyniona z miłością i służebnością wobec innych, oddawała Panu Bogu chwałę.
POGODA SIĘ ZMIENIA... ot taki truizm:-)
W każdym małżeństwie bywają emocje nieprzyjemne i trudne, które niczym burza muszą się wyładować. Wniosek, że prawdziwej burzy nie da się powstrzymać, tylko można bezpiecznie ją przeczekać, aplikujemy do „burzy w małżeństwie”. Nie tragizujemy, gdy nadejdzie, nie traktujemy, jak koniec świata…
Potrzebujemy zmiany optyki na problem – to nie coś, z czym trzeba radzić sobie w pojedynkę, ale coś, z czym musimy zmierzyć się wspólnie. „Im dłużej jesteśmy w małżeństwie, tym więcej o sobie wiemy, ale czy robimy użytek z tej wiedzy?” - pyta Marta. Czy znamy swoje języki miłości, rozumiemy inność naszych temperamentów (ktoś może być emocjonalnym piecem kaflowym – Marta, albo farelką – Stachu:-)? Czy uczymy się sztuki komunikacji, by, mówiąc prawdę, nie ranić?
Ale uwaga - małżeńska prognoza pogody przewiduje także mniej intensywne opady deszczu, choćby taki kapuśniaczek, na który nie zwrócimy szczególnej uwagi. Tymczasem nie jest przejawem rozsądku lekceważenie w małżeństwie tzw. „drobiazgów” - są one bowiem niczym ziarenka piasku, które nie wydają się być znaczące, ale „zebrane ziarnko do ziarnka zbuduje coś wreszcie; i oby to był zamek, a nie mur między nami”.
Warto zatem, poznawszy się dogłębnie, wypracować najlepsze dla każdego małżeństwa, sposoby przetrwania, aż zza chmur zawita słońce:-)
SZKOŁA MIŁOŚCI I MIŁOSIERDZIA
W książce Marty i Stacha można jeszcze doczytać przesłanie perełkę, że sakrament małżeństwa jest niczym dom, którego solidność gwarantują fundamenty: miłość, wierność, uczciwość małżeńska i trwanie przy sobie aż do śmierci.
Miłość to niezmienna decyzja – niezależnie od emocji wybieramy codziennie siebie i tylko siebie , błogosławiąc sobie niezależnie od okoliczności. „Słuchaj, co jest pod słowami małżonka, które słyszysz – odczytuj prawdziwe przesłanie… zdarza się bowiem czasami, że nasze niezaleczone rany krwawią na innych” i tylko Miłość je może zasklepić.
Wierność nie będzie przejawiać się jedynie w zaspokajaniu potrzeb cielesnych, psychicznych i duchowych tylko w małżeństwie, ale także na stawianiu małżeństwa i rodziny na pierwszym miejscu poprzez dostępność fizyczną i emocjonalną.
Uczciwość (którą można etymologicznie powiązać z wyrazem „cześć” rozumianą jako hołd, poszanowanie dobrego imienia) zakłada, że nie będziemy mówić o swoim małżonku źle innym ludziom, tylko dialogować z nim samym (naturalnie z Panem Bogiem można omówić to i owo:-) .
Podczas dni skupienia celebrowaliśmy w naszej wspólnocie złote gody weteranów szkoły miłości i miłosierdzia: Irenki i Marka. Nie mamy wątpliwości, że są ambasadorami małżeństwa wedle Bożego zamysłu, promieniując bogactwem miłości i miłosierdzia oraz życia w pełni. Oczywiście wszystko na „tak” i „chętnie”:-) To właśnie ich świadectwo życia, a nie tylko dobre rady (na które oczywiście można zawsze liczyć) są dla nas jak Światło.
„TRWALI WE WSPÓLNOCIE I NA ŁAMANIU CHLEBA”
W poruszających świadectwach składanych przez nasze Siostry i Braci, różnorodnych i bardzo osobistych, wybrzmiewały pewne myśli wspólne: tęsknota za spotkaniem po latach pandemii, poczucie „wzajemnego napełniania się sobą nawzajem” i świadomość daru, jakim jest współmałżonek, drugi człowiek i oraz wspólnota. I ta mała rodzinna, i ta średnia kręgowa i wreszcie ta największa domowokościołowa.
W promowanym i wszędobylskim kulcie samowystarczalności jednostki, zwracamy oczy na Pana Jezusa, który nie działał w pojedynkę, chociaż z pewnością mógł...
W scenie filmu „Prosta historia” jest taka scena, gdy jeden z bohaterów uczy syna, że jedną gałąź spokojnie można złamać, ale już z całym pękiem nie uda się tak łatwo. Rodzina, wspólnota są niczym taki pęk, w którym drzemie moc, która, gdy trzeba, góry przeniesie… i przekonaliśmy się o tym już nie raz…
Jako wspólnota żyjąca pełnią życia, towarzyszymy sobie w różnych chwilach: przy narodzinach naszych dzieci i śmierci bliskich, w szczęściach i nieszczęściach... wspieramy w sukcesach i porażkach, w chorobach i zdrowiu…Uczymy się od siebie i inspirujemy nawzajem, bo nasze małżeństwo nie jest tylko dla nas samych… Nasz żywy organizm, właśnie dlatego, że jest żywy, gwarantuje nam pole do szlifowania cnót wszelkich i sprawdzianu z miłosierdzia, bo mamy też sobie co wybaczać - jak to w każdej rodzinie.
TAJEMNICA WSPÓLNYCH KLUCZY
W nawiązaniu do uczty w Betanii, którą przed Paschą, przygotowali dla Pana Jezusa jego przyjaciele, ks. Krzysztof Grzywocz wskazał na trzy filary, które utrzymują wzajemną więź...
Dar Marty to dar codziennej troski: organizacji, która chroni przed chaosem, pewnej harmonii i ładu, które stwarzają przestrzeń dla troski o duszę i ducha. Zawdzięczamy mu smakowity posiłek, oprawę muzyczną, pościel w magnolie (na przykład:-) i inne drobiazgi cieszące zmysły… Dar Marii to dar pewnej intymności, tego, co w relacjach czułe; w formie słów, spojrzeń, dotyku – gdy zwracamy się do siebie ciepło, gdy cierpliwie słuchamy, doceniamy, okazujemy wdzięczność. Ten dar jest niczym zbroja, która przygotowuje nas na chwile najtrudniejsze: samotność, chorobę, śmierć... Przestrzenią dlań może być dialog małżeński, serdeczna rozmowa z bliźnim... Dar Łazarza to dar więzi duchowej, dar spojrzenia na wskroś, dar, który wyciąga z głębin śmierci; dar, który pomaga powstać i daje szansę kolejnych nowych narodzin, dar, którego możemy doświadczyć między innymi podczas Adoracji czy korzystania z sakramentów.
Dzięki tym darom możemy się wymienić kluczami naszych serc. Gdy jednego brakuje, więzi grozi rozerwanie – ewentualnie przetrwa tylko do śmierci, podczas gdy chcemy, by więzi naznaczone wspólnymi kluczami, trwały wszak poza jej granice.
Bardzo często wracamy do tej konferencji...
PODSUMOWUJĄC: minione dni skupienia były niczym uczta, w której doświadczaliśmy daru Marty, daru Marii i daru Łazarza.
A każdy z darów w jakiejś części był znakiem dla przestrzeni naszego życia: czy to tej z Panem Bogiem, czy tej wspólnotowej, a wreszcie rodzinnej, małżeńskiej i przyjacielskiej.
JĘZYKI UCZTY:-)
Podczas dni skupienia porozumiewaliśmy się w pięciu językach i kilkunastu dialektach:-), aby, używając terminologii Gary Czapmana, „zbiornik na miłość mógł zostać wypełniony” wedle potrzeby każdego z nas. Ku zatrzymaniu są to:
- słowa afirmatywne czyli słowa uznania, słowa zachęty i ogólnie uprzejmy sposób wyrażania się
- dobry czas czyli pełne skupienie, koncentracja na drugiej osobie, zrobienie czegoś wspólnie, życzliwy dialog, otwartość na świat przeżyć drugiej osoby
- prezenty wszelkiego rodzaju: materialne (od kamyka po diadem:-) i niematerialne czyli obecność, darowanie swoich talentów, wiedzy czy umiejętności, inne niespodzianki
- drobne przysługi, które sprawiają przyjemność, odciążają od codziennych obowiązków
- dotyk w postaci pocałunku, uścisku, przytulenia, objęcia itd.
I CO TERAZ?
Nakarmieni zatem po brzegi po przeżytej uczcie, wracamy do naszej codzienności z myślą Wilfrida Stinissena, że „życie chrześcijańskie nie jest przede wszystkim pracą do wykonania, lecz darem do przyjęcia”, o ile pozwolimy Duchowi Świętemu „wiać, kędy chce”.
Włączając się w refren pieśni „Oceany” śpiewanej podczas wieczornej adoracji, wołamy zatem:
„Duchu prowadź mnie
Gdzie wiara nie ma granic
Daj mi chodzić nad wodami
Gdziekolwiek mnie zabierzesz
Prowadź głębiej niż
Pójść mogą moje stopy
Moja wiara się umocni
W Twej obecności Boże.”